To tylko zapach

To tylko zapach

autor: augustyn

08.01.2018


Leży zwinięty w kłębuszek… W kłębuszek? W kłębuch chyba. Hmm… Leży zwinięty na wycieraczce pod drzwiami wyjściowymi. Niby te same drzwi, a choć od tej strony wyjściowe, to na zewnątrz już wejściowe. Choć ciągle może ktoś z tych wejściowych drzwi wyjść. Paradoks dwoistości istoty rzeczy.

Joszko na wycieraczce

Na wycieraczce sobie leży. Jak panisko, nawet łba nie uniesie na mój widok. Łypie tylko tymi wielkimi gałami. Przewraca oczami, aż białka błyskają. A w nich wyraźnie widzę wyrzut, pretensję, napis wypalony groźną czerwienią: „Czego?! Co znowu?! Czego lezie?!” Dalej nie widać, bo blaknie jakoś, chyba Joszko wydobył z głębi siebie iskrę wyrozumiałości. Jest czas wieczornego spaceru, ale piesek umęczon pod pańskim … a nieee, to nie ta bajka. Piesek zmęczony po szaleństwach nad jeziorem i prysznicowaniem. Ani myśli podnieść kuper.

Wygrzebuję z koszyka jakąś obrożę i smycz, te codzienne się suszą – pieskowi to przymusowe pranie zawdzięczamy. Zakładam obrożę, bo łaskawie podniósł łeb. Przypinam smycz – nawet okiem nie mrugnie, że jest zainteresowany spacerem. Wkładam buty, kurtkę, zapinam zamek, czapka na głowę.

Leży zwinięty w kłęb… w precel jakowyś, księciunio rozpieszczone. Otwieram drzwi – jest odzew, żyje jednak i reaguje. Jakimś karkołomnym wygibasem unosi się na cztery łapy. Wyrównuje poziom i idziemy.

Prequel jakby, czyli wcześniej, przed spacerem

Wiosna napadła nas w tę styczniową sobotę z całym impetem. Dzielnie zatem stawiając jej czoła, zdecydowaliśmy się na wyjazd nad jezioro. Słońce, szczęśliwe sześć stopni powyżej zera, lekki wiaterek niosący zapach budzącej się natury. Radosny wyjazd zapoczątkowany samodzielnym wskoczeniem Joszka do auta*. Bez standardowych zachęt w postaci masuriany wewnątrz, smakołyków, bez mojej twardej ręki na rączce szelek. Po prostu wskoczył na tylne siedzenie.

– Jeszcze trochę, a będziemy musieli go powstrzymywać przed wskakiwaniem do samochodów – rozmarzyła się zaskoczona masuriana.

Joszko brodzi w jeziorze

Na wiejskiej rekreacji wiosenna plucha. Choć słonecznie, to dookoła wilgotno, rozmokłe wszystko. Raj dla Joszka kochającego wodę. We wszelkiej postaci**. Rozglądamy się leniwie, kątem oka jedynie obserwując pieska baraszkującego w trawie na sąsiedniej działce. Biega, skacze, biega, skacze, tarza się. Tarza się. Ciekawe w czym? Na pewno nie w płatkach kwitnących aromatycznych azalii. Wskazuje na to kolor sierści, kiedy podbiega w naszą stronę. No i to chyba jednak nie wiosna. Cóż. Pochodzimy trochę, przeschnie, w drodze otworzymy okna, to raptem 15 minut jazdy. Jakoś dotrwamy do domu i prysznica, bo bez kąpieli się nie obejdzie, co stwierdziliśmy, kiedy zbliżył się odrobinę.

Joszko galopujący z krowim łajnem na piersi

– Jak ładnie krówką pachniesz – masuriana stara się trzymać fason. Ja na szczęście zmysł węchu mam w ewolucyjnym odwrocie, więc łatwiej sobie radzę w takich sytuacjach.

Nałogi

– Jak chcesz, to możemy się gdzieś zatrzymać i kupić fajki. Może po drodze będzie jakiś sklepik otwarty – złośliwe kuszę masurianę. Jest święto sześciu króli, zwane od niedawna przez niektórych świętem biedronki, więc łatwiej o irytację, jeśli przegapi się zakupy. A nałóg jest bezwzględny. Uparty i nieustępliwy. Nie aż tak, jak ja, ale też niezły osioł. I już skręcamy do Żabki.

– Ty idziesz, czy ja? – pytam prowokacyjnie.

– Ty. Kup też kilogram marchewek. I seler.

I została w samochodzie, pełnym Joszka i jego nowego zapachu. Bo przecież nawet smród to na Joszku już zapach.

Kupiłem wszystko, zapłaciłem panu, który jak było widać po zawrotnym tempie obsługi, ma do czynienia z kasą tylko w głębokie święta ustawowe. Trochę mu się na tym zeszło. Z czystej złośliwości poczekałem jeszcze chwilę, żeby masuriana bardziej do zapachu przywykła. Niech się hartuje kobieta.

Żartuję sobie tak jedynie. Aby ją uwolnić od tortur ruszyłem biegiem do auta, jak tylko osiem groszy reszty znalazło się w mojej dłoni. A tam drzwi na oścież otwarte, jakby to lato było. Wsiadam, drzwi trzaskają.

– Czujesz zapach?

Milczę, bo lubię tak się z nią milczeniem droczyć czasami. Przecież nic mi nie zrobi, póki prowadzę, a później jej przejdzie.

– Czujesz zapach? – w tonie pytania zaczyna unosić się groźba.

– Czuję – mówię. Wystarczy tego milczenia, bo rozdrażnienie może się utrzymać, bądź nasilić, a do domu niedaleko.

I wszystko dobrze się skończyło. Nawet pokrowca nie trzeba będzie prać. A tapicerka przez weekend wytraci ten specyficzny swąd. Czyli pranie tylko Joszka dziś dotyczy.

Sequel jakby, czyli później, po spacerze

Na ganku mijamy Puszkina czającego się gdzieś na poręczy. Joszko udaje, że go nie widzi, ale nie umie kłamać, więc wiem, że udaje. Puszkin też wie.

Hanutka

Na zdjęciu straceniec Hanutka, nawet aparat udaje, że Puszkina nie widzi.

Wchodzę do przedsionka, zostawiam drzwi otwarte. Puszkin wygląda zza węgła, widzi Joszka i robi w tył zwrot. Hycnął na poręcz zapewne. Zupełnie mu nie pasują zabawy z psem. Ponurak jakiś. Wpuszczam Joszka do domu, przymykam wewnętrzne drzwi tak, że zostaje tylko szczelina szerokości kota i rozmaszyście otwieram drzwi wejściowe.

– No chodź – wyglądam i łagodnie przemawiam do Puszka. – Chodź, nie ma go – właściwie to mówię prawdę. W przedsionku go nie ma. Robię krok na zewnątrz i dotykiem skłaniam kota do wejścia. Ten, na wszelki wypadek w pośpiechu, przemyka przez szczelinę i wbiega do domu. Błąd. Z dołu tego nie widać, ale ja przez szybę w drzwiach wyraźnie dostrzegam zarys potwora stojącego na szeroko rozstawionych nogach jakiś metr od drzwi. On wie. Skalkulował i czeka.

Robi się zamieszanie, a ja błyskawicznie wkraczam do akcji. Rozpycham się, blokując Joszka. Kątem oka widzę Puszkina w ułamek sekundy zapędzonego w róg. Nie na długo. To bystrzak – szybko zorientował się, że stanowię skuteczną zaporę i przemknął do kuchni. Tam, na blacie, ma przewagę, jest wyżej, czuje się pewniej. A Joszko ma do kotów na tej pozycji nieco większy respekt. Kiedy nas nie było w domu, pewnie mu się nie raz oberwało pazurem. Ewidentnie wie, gdzie może pacnięcie opazurzoną łapą zaboleć i kiedy napiera na Puszkina lub Gieńkę, to nastawia zabezpieczoną gęstym futrem klatę, a poza zasięg zabiera nos na końcu delikatnego pyszczka z wrażliwymi faflami. Zezuje wtedy tylko dziwacznie, kontrolując sytuację. Własne bezpieczeństwo przede wszystkim. Jaki rozsądny piesek.


* Joszka zmagania ze wsiadaniem do auta opisywałem m.in. tu i tu i tu i w paru innych miejscach

** Joszka afekt do wody opisywałem i pokazywałem m.in.  tutu i tu i tu i tam i wszędzie prawie


Podziel się, udostępnij, skrytykuj, albo pochwal, jeśli wolisz.

Komentarze


W jakiś sposób podobne:

Kategorie:

Joszko.blog

Słowniczek:

dyndałki

to: ludzkie ręce

wszystkie hasła


Tagów ci u nas dostatek:


Powiadomienia na e-mail

Informacje o zmianach dostępne są przez kanał RSS, ale można też otrzymywać powiadamiania o nowych treściach e-mailem. Wystarczy...